KULIG
Z
apowiadała się wystrzałowa zabawa, na którą od dawna liczyli. Szczerze mówiąc, już od pierwszych dni grudnia. Kulig? Czemu nie? Rzucony na lekcji wychowawczej pomysł uznali za przebojowy i jak jeden mąż hurmem się pod nim podpisali. Wszystko zależało od aury, a ta wydawała się właśnie im sprzyjać. Po kilku dniach styczniowej odwilży i pluchy zima nieoczekiwanie wróciła, okrywając białym płaszczem ziemię. Pokazała swe surowe oblicze. Obficie sypnęło śniegiem, zaś słupek rtęci utknął poniżej zera. Sanna, sanna, sanna... Wyjechali z miasteczka. Świeży puch pokrył pola i drogi, dachy domów i obejść, ogrody i sady. Drobne kryształki lodu skrzyły się w złotym słońcu na gałęziach drzew. Gdzieniegdzie wyzierały spod śniegu zamarznięte bruzdy, odsłonięte przez nagłe porywy nocnego wichru. Wjeżdżali w gęsty las, w którym królowały sosny, świerki, buki i jodły. Droga do leśniczówki była już przetarta, ale nie zdążono posypać jej piaskiem. Bryka więc lekko sunęła, a posiwiały woźnica dziarsko pokrzykiwał na parskające klacze, które posłusznie rwały do przodu. Nie wypuszczał lejc z rąk. Dźwięczały dzwonki. Od czasu do czasu spozierał za siebie na sznur małych sanek, wijących się jak wąż jego śladem.
Kasia ciekawie wyglądała zza pleców Marka. Spod futrzanej czapki było widać tylko jej ciemne błyszczące oczy. Podniosła kołnierz półkożuszka. W zaróżowione policzki szczypał ją mróz, ale przejęta jazdą prawie tego nie czuła. Chłopak zabrał ją na swoje sanki. Te miały szeroko rozstawione płozy i nie groziły im przewrotki. Wełniane rękawiczki jej przemokły, bo po drodze kilka razy się zatrzymywali, żeby rozprostować kości, a postoje prowokowały do dzikich harców. Ocieplane botki jakoś wytrzymywały, bo na kozaczki się nie zdecydowała. Obrzucali się gałkami ze śniegu, gonili za sobą, ginąc w zaspach i nieomal tańczyli, znacząc za sobą głębokie ślady. Ulepili pokaźnego bałwana, nie mogąc się potem z nim rozstać i żegnając go z żalem. Biedaczyna sterczał osamotniony z boku drogi z nosem z długiej szyszki opuszczonym na kwintę. Nie miał nóg, więc nie mógł za nimi potruchtać, by załapać się na kolację, choć wołali, żeby się przyłączył.
Marek nie był tak uradowany jak Kasia. Skrycie liczył na to, że zabierze się z Dianą, ale ten diabeł w spódnicy zrezygnował z jego towarzystwa. Cwaniaczka wybrała duże sanie i poczesne miejsce obok woźnicy, zakopując się w wilczych skórach. Miała stamtąd lepszy widok na drogę i okolicę. Zawsze umiała się urządzić. Chwilami podnosiła się, obracała do tyłu i radośnie pokrzykiwała do kolegów, wymachując zdjętym szalikiem jak flagą.
Kiedy dojeżdżali do leśniczówki, słońce było już nisko, a czerwieniejąca kula dotykała prawie szczytów sosen. Cinquecento wychowawcy stało przed wejściem. Granatowy furgon z ich bagażami był schowany za węgłem, dwa kroki od drzwi kuchennych. Okazały drewniany dom z niedawno dobudowanym piętrem okalały strzeliste modrzewie. Wyglądał imponująco. Próbowali jak psiarnia wedrzeć się z piskiem do przepastnej sieni, ale nauczyciel fizyki stanął im na drodze, zasłaniając wejście swoim potężnym ciałem. Musieli najpierw zrzucić zaśnieżone obuwie. Wyfroterowane podłogi lśniły jak nowe, a w ogromnej sali na parterze czekał już na nich posiłek. Stały tam dzbanki z gorącą herbatą, leżały talerze i tace z chlebem. W powietrzu unosiła się smakowita woń bigosu. Z kasetonowej powały lustrowały ich czerepy dzikich zwierząt, niedźwiedzi, dzików i wilków. Na piętrze były pokoje sypialne.
Marek zręcznie lawirował, licząc na to, że nadrobi wcześniejsze straty. Czekał na sprzyjającą okazję. Marzył o tym, żeby klapnąć koło Diany i wreszcie mu się to udało. Minę miał uradowaną, bo czuł, że złapał wiatr w żagle. Kątem oka widział, że Kasia błagalnie zezuje w jego stronę, a obok niej zostało wolne miejsce zarezerwowane jakby specjalnie dla niego, ale to go nie ruszało. Z zapałem zajął się prześliczną sąsiadką, próbując wciągnąć ją w rozmowę. Ta jednak dziwnie się nie kleiła, a złośnica wydawała się go nie zauważać. Nie odpowiadała na pytania. Rozglądała się na wszystkie strony, słuchała dowcipów, padających z drugiego końca dębowego stołu, a jej koński ogon fruwał to w prawo, to w lewo. Wreszcie obrzuciła nagabującego ją chłopaka niechętnym spojrzeniem, a w jej zielonych oczach zamigotały złe błyski. Zirytował boginię łowów, lasów, gór i księżyca.
— Przestań kłapać, palancie. Wkurzasz mnie — syknęła ze zniecierpliwieniem, strofując go jak brzdąca. — Nie widzisz, że próbuję gadać z ludźmi?!
Oniemiał z wrażenia, a bigos nagle przestał mu smakować.
— Ja ci przeszkadzam? — nieporadnie usiłował się bronić. Siedząca obok Jolka ironicznie zachichotała, widząc jego zblazowaną minę.
— Jasne! Nie łapiesz tego? Spadaj na drzewo! — bogini jeszcze raz z precyzją florecisty dźgnęła go w serce.
Na jego twarz raptem wypełzł rumieniec. Zatkało go na amen. Spuścił głowę, niemrawo grzebiąc widelcem w talerzu. „No, nie, przeholowała!” — obrażony zabulgotał do swoich myśli. Nie miała prawa traktować go jak śmiecia.
Jolka nadal chichotała. Uwielbiała takie dwuznaczne sytuacje.
— Ta zniewaga krwi wymaga! — zarechotała mu do ucha. Zaraz jednak o nim zapomniała. Diana była ozdobą klasy, a chłopacy zabiegali o jej względy, ciągnąc za nią niby w dworskim orszaku. Jej modne ciuchy wywoływały cichą zazdrość koleżanek. Ostatnio faworyzowała Marka, wyróżniając go z grona adoratorów i dając mu do zrozumienia, że tylko on się naprawdę liczy. Wysunął się prawie na czoło pędzącego peletonu, nie spodziewając się tego, że tuż przed metą raptem dojdzie do katastrofy. Totalna beznadzieja. Nie pojmował, co ją ugryzło.
Zarykiwała się do łez po ostatnim popisie słownym Bartka, ale Markowi nie było do śmiechu. Wreszcie porwała talerz i przeniosła się do tamtego towarzystwa. W rudzielcu obudziła się raptem dusza kawalarza i sypał dowcipami jak z rękawa.
— Ty podła żmijo! — prychnął pod nosem, gdy już wstał od stołu. — Jeszcze ci pokażę. Będziesz błagać o zeszyt z matmy! — Czuł, że jej tego długo nie wybaczy. Był jedynakiem i nie znosił, gdy ktoś go poniżał i odtrącał.
P
o kolacji Diana wyfrunęła na dwór i z wdziękiem goniła się z chłopakami. Szaleli, obrzucając się śnieżkami. Puszczony kantem i odepchnięty, zerkał za nią przez zamglone szybki w jadalni, nie mając ochoty na błazeńskie popisy. Wodził po szkle palcem, malując esy-floresy i ponuro dumając nad zemstą. Zresztą, buty mu trochę przemokły i postawił je w dużej kuchni koło piekarnika, aby obeschły. Nie zadbał o to, żeby zabrać drugą parę na zmianę. Stracił też nadzieję na to, że przewidziana na wieczór potańcówka poprawi mu humor. Niebo stawało się powoli granatowe, a długie fioletowe cienie kładły się wokół leśniczówki. Był zrzuconym z szachownicy pionkiem i musiał coś wymyślić, żeby nie umrzeć z nudów.
Przygnębiony nie zauważył, że ktoś za nim stoi. Drgnął, słysząc ciche kasłanie.
— Ach, to ty, Kasiu? — odruchowo obejrzał się za siebie. — W tym hałasie nikogo nie słychać.
Przyjęła milcząco jego usprawiedliwienie. W międzyczasie zdążyła się przebrać i przyżeglowała do niego w króciutkiej spódniczce i obcisłym seksownym sweterku w kolorowe pasy. Nie ta laska! W budzie nie pokazywała się w takich wystrzałowych ciuchach.
— Wiesz, co, Marku? — cicho rzekła po chwili. — W naszym pokoiku na piętrze, w tym ostatnim po lewej w głębi korytarza, odbędzie się spotkanie modlitewne. Planujemy ewangeliczną rewizję życia. A może krąg biblijny. Nie miałbyś ochoty się przytelepać?
— Ja?! Czemu ja? — trochę się zdziwił. Nigdy nie wyjeżdżał na oazy wakacyjne, chociaż o nich słyszał. Nie pociągały go też działające w parafii grupy apostolskie, ani służba liturgiczna. To nie było dla niego.
— Przytocz się, nie bądź frajerem — ciepło dodała. — Zobaczysz, nie pożałujesz. U nas jest całkiem fajnie. — Zerknęła przez okno na dziedziniec, gdzie rozhasana Diana nadal wodziła rej. — Póki co na nic ciekawego się tu nie zanosi.
G
dy schodził po spotkaniu modlitewnym na dyskotekę, brzmiały mu w uszach słowa z Listu św. Pawła do Koryntian: „Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie!” Ogarnął go błogi spokój i zapomniał o tamtej egoistce i jej nieobliczalnych numerach. Tańczył z innymi dziewczętami, ciesząc się, że w ten sposób wielbi Stwórcę. Leśna bogini upomniała się jednak o swoją zdobycz. Podprowadziła młokosa, z którym akurat kręciła się po parkiecie i staromodnym zwyczajem zarządziła odbijanego. Zręcznie wsunęła się w ramiona Marka.
— Ale z ciebie palant. Dlaczego za mną nie wybiegłeś? — surowo zapytała.
— Gdzie? Kiedy?
— No, po kolacji przed leśniczówkę — rzekła.
Muzyka nie była za głośna, więc od biedy dawało się rozmawiać.
— Tak?! — zdziwił się. — Też coś? — A potem wykrzywił usta w podkówkę. — Zaczynasz mnie coraz bardziej zaskakiwać — wycedził niechętnie.
— Co? — nie dosłyszała.
— Miałem mokre buty! — na odczepne wykrętnie huknął jej przy uchu.
Do końca tańca prawie się nie odzywał, choć starał się być uprzejmy i miły, a odpowiadał jej jedynie monosylabami. Gdy muzyka umilkła, chciał odturlać się pod ścianę, ale go nie puściła. Wyniośle przytrzymała go za rękę, ściskając mu palce.
— Jeszcze ten kawałek — oznajmiła, dziwiąc się, że nie ma ochoty na więcej.
Puszczono romantyczną kołysankę i zarzuciła mu ręce na szyję, przywierając do niego całym ciałem. Czy chciał, czy nie chciał, musiał ją niby to tkliwie przygarnąć do serca. Poczuł na sobie jej drobne piersi. Nie poddał się jednak nastrojowi i kręcił się z nią ozięble, nie odwzajemniając uczuć. Potem bez słowa odpłynął na drugi koniec sali do stołu z zimnymi napojami. Była tam jeszcze pepsi-cola.
O
mal się nie zderzył z posiwiałym woźnicą, który akurat wyprowadzał ze stajni klacze. Przyświecało słońce, trzymał lekki mróz, a powietrze było przejrzyste, więc wybrał się po śniadaniu na krótką przechadzkę. Odwrócony plecami wieśniak nie zwrócił na niego uwagi. Konie parskały, przeczuwając, że czeka je jazda i wyciągały łby do owsa. Chłop zagadywał się do nich ciepło i serdecznie jak do starych wypróbowanych przyjaciół.
— Kocha je pan? — Marek odważył się i zapytał, chcąc jakoś usprawiedliwić swoją obecność.
Woźnica powoli się obejrzał. Wzrok miał przenikliwy, a spojrzenie głębokie. Wydawało się, że przewiercił chłopca na wylot.
— Jakżeby inaczej... — niespiesznie odparł. — Charakterne są.
Czuć było świeżymi końskimi odchodami.
— Nadaje pan do nich jak na randce do dziewczyny... — roześmiał się, chcąc podtrzymać rozmowę. Nie bardzo wiedział, jak należy gawędzić ze starym. Urodził się przecież i wychował w mieście. Przypomniał sobie, że nauczyciel wuefu zwracał się do niego per „Panie Józefie”.
Chłop się nie obraził. Jak się okazało, Marek trafił w dziesiątkę.
— Gdyż one są jak kobity — potwierdził z najwyższą powagą. — I jedna, i druga! — Wyjął pozłacaną papierośnicę, otworzył ją, wyciągnął klubowego i zapalił. Nie częstował Marka. Gówniarzom się nie dawało. — Ta z prawej, z dłuższą grzywą — wskazał na klacz, która cicho zarżała, jakby wiedząc, że o niej mowa — jest niespokojna, a bywa że narowista. Jej trzeba więcej serca. A ta z lewej — znowu wskazał — łagodna. O, tę można samą zostawić. Za wiele nie wymaga — ciągnął bez pośpiechu — ale lubi jak jest koło niej cicho...
Marek przytaknął, godząc się z wywodem. Cóż zresztą innego mógł uczynić?
— Ta pierwsza jest ładniejsza — próbował rzucić kolejną trafną uwagę. Tym razem jednak chybił.
Stary zaciągnął się, zerkając na niego spode łba. Potem obrócił się do koni.
— Więcej jest warty charakter niźli uroda — powiedział z naciskiem. — Boć uroda przemija, a charakter zostaje...
Marek pochylił się i kopnął gałązkę sośniny. Pomyślał o Dianie i o Kasi, i nie wiadomo dlaczego wypłynął mu nagle na twarz rumieniec wstydu. Obejrzał się na plac przed leśniczówką. Pierwsza właśnie wybiegła, wymachując zielonym szalikiem niby znakiem rozpoznawczym. Nigdy nie traciła energii. Bez wahania wskoczyła na sanie, zajmując miejsce woźnicy. Próbowała strzelić z bata. Ujrzała sterczącego w oddali chłopaka.
— Chodź! — krzyknęła do niego. — Jeszcze się zmieścisz.
Poczuł w sobie rosnący opór. Mimowolnie zacisnął pięści.
— Nie! — odkrzyknął, starając się, by to wypadło po męsku.
Postanowił zmyć się jej z oczu. Włożył ręce do kieszeni i skręcił za zabudowania gospodarcze. Ktoś mu mówił, że z tyłu są karmy dla saren. Dotarł przez gęsty śnieg do niewielkiej polanki i zaparło mu dech z wrażenia. Ujrzał jelenia i trzy dorodne łanie.
Nadszedł czas powrotu. Kiedy ruszyli z miejsca, krusząc śnieg i wiwatując, odwrócił się na chwilę do Kasi.
— Wiesz, co?.. — zawahał się. — Chętnie bym przyszedł jeszcze raz do was... na takie jak tu spotkanie. Z Pismem świętym — dodał, żeby nie miała wątpliwości.
Dziewczyna chyba go rozumiała. Przytaknęła, nic nie mówiąc, a potem naraz przytuliła się do niego.
1. Edward Guziakiewicz, Wakacje w Izraelu
powieść dla młodzieży
2. Edward Guziakiewicz, Szukanie Boga
dramat w slangu
w pytaniach i odpowiedziach
wszystkie opowiadania