LINIA OBRONY
P
o czystym błękitnym niebie płynęły białe zwiewne obłoki. Było upalnie. Żar lał się z góry, a rozgrzane wibrujące powietrze ostrzegało przed pochopnym wystawianiem na słońce odkrytej łepetyny. Marcinowi nie chciało się nigdzie ruszać. Rozleniwiony, leżał w cieniu rozrosłych w tym miejscu krzewów. Jego myśli krążyły wokół niewielkiego malowniczego jeziorka, starej drewnianej przystani i nabierającej wody łódki, na dnie której schował zgrabną wędkę. Wyszykował ją sobie w ubiegłym roku i udawało mu się na nią czasem coś złowić. Nadchodziło lato — i mimo tego, że szkoła znajdowała się o rzut kamieniem, nie miał wcale ochoty do niej wracać, by nie opuścić ostatniej lekcji.
Przeciągnął się z rozkoszą, a potem zerwał jakąś trawkę, wkładając ją sobie do ust i przygryzając.
— Jeszcze kilka nudnawych dni — mruknął do siebie — i zaczną się wakacje!
Rozległ się dzwonek na koniec dużej przerwy. Dźwięk brzmiał ponaglająco i niósł się nieomal jak ostrzeżenie. Chłopak więc ociężale się wyprostował i nałożył koszulę. Strzepnął biedronkę, która usiadła mu na rękawie. Nie było rady, musiał się podporządkować szkolnym rygorom.
Do klasy wtoczył się ostatni, już po nauczycielu, który spojrzał na niego z niejakim wyrzutem. Oceny z języka polskiego były wystawione, więc ten odebrał jego małe spóźnienie jako wyraz ostentacyjnego lekceważenia szkolnych zajęć. Marcin niewyraźnie mruknął coś na przeprosiny, skłonił się i usiadł w ławce, kryjąc się za plecami koleżanki.
Siedział i ziewał, śledząc wzrokiem muchy, krążące po klasie. Wyglądał przez szeroko otwarte okno na wybetonowany plac, wokół którego rosły mieczyki, dalie i lilie. Nie słuchał tego, co mówił nauczyciel i powoli zapadał w odrętwienie. Bezgłośnie powtarzał nazwy słodkowodnych ryb, wypisane z poradnika dla wędkarzy. Marzyła mu się walka z ogromnym sumem, który niemalże łamie wędę i rwie żyłę. Potem myśli go przeniosły w nieodległą przeszłość. Za namową wychowawczyni wczesną wiosną szósta „a” chlubnie się zobowiązała do troski o otoczenie szkoły. Marzec był słoneczny i ciepły, ale nie brakowało również chłodniejszych dżdżystych dni. Kwiecień był podobny. Razem z innymi uczniami spędził na placu przed szkołą wiele godzin, kopiąc ziemię, wtykając cebulki roślin, a później grabiąc, pieląc i podlewając. Właśnie w czasie tych prac, które nauczyciel wychowania fizycznego kpiąco nazywał polowymi, Marcin poznał bliżej Martę.
— Poznał?!
Chłopak zmarszczył brwi. Właściwie nie było to trafne określenie. Jeżeli chodziło o ścisłość, to znał ją od dobrych kilku lat. Chodzili razem do budy od pierwszej klasy. Wszakże gdy w wyniku nieostrożności kolegi, wymachującego żelaznymi grabiami, doszło do wypadku, poznał ją dużo lepiej. Kiedy się ocknął, leżał na rozłożonym na betonie kocu i pochylało się nad nim kilka przerażonych twarzy. Marta była najbliżej. Podtrzymywała mu zakrwawioną głowę, delikatnie gładząc jego ramię. Uderzył go jej ogromny spokój, zaś w jej oczach wyczytał jakieś głębokie, niby to matczyne oddanie. Była wstrząśnięta tym, co się stało — a gdy znalazł się już na noszach, wyniesionych z karetki pogotowia ratunkowego, zauważył, że dziewczynie spływają łzy po policzkach.
Teraz siedziała tuż przed nim, wpisując coś pilnie do zeszytu. Co rusz zerkała na tablicę, na której nauczyciel kreślił kredą kolejne zdania. Doszedł do zadziwiającego wniosku, że pewnie nie wróciłby do klasy po dużej przerwie, gdyby jej tu nie było. Czuł, że ma w niej cichego sprawdzonego przyjaciela, a może nawet kogoś więcej.
Wypadek nie był ciężki, więc po założeniu opatrunku i rentgenie odwieziono go ze szpitala do domu. Przez kilka dni świecił zabandażowaną głową, a lekarz kazał mu pozostawać w łóżku. Gdy wrócił do szkoły, zaczął się Marcie uważniej przyglądać. Była drobna i szczupła. Nosiła długi warkocz, każdego dnia starannie zapleciony i z nową wstążką. Twarz miała delikatną, a kiedy rozmawiała z koleżankami, w charakterystyczny sposób przekrzywiała głowę. Trzymała się z dala od chłopców i nie pozwalała się zaczepiać. Nie wchodziła z nimi w komitywę. Uświadomił sobie, że gdyby nie doszło do zajścia przed szkołą, zapewne nie zauważyłby, że dziewczyna go skrycie wyróżnia. Rzucała czasem w jego stronę krótkie spojrzenia, ale nie umiał z nich wyczytać niczego konkretnego.
Któregoś piątku odprowadzał ją po lekcjach do domu. Skręcili z szosy i szli miedzą. Wiosna wybuchła soczystą zielenią, a na łąkach klekotały bociany. Prawie się nie odzywała, nieledwie tolerując jego towarzystwo i wcale przy tym nie okazywała radości. By wypełnić ciszę, musiał opowiadać jakieś banialuki. Gadał bez ładu i składu. Gdy dotarli na miejsce i zatrzymali się przed furtką, spojrzała mu błagalnie w oczy. Okna zasłaniały drzewka owocowe. Próbował ją pocałować. Poczuł smak jej warg, ale Marta zdecydowanie odepchnęła go piąstkami, szarpnęła furtkę i uciekła. Znikła w głębi domu, gubiąc po drodze worek z pantoflami szkolnymi.
Jego myśli się rozpierzchły i przypominały stado przerażonych wróbli, które nagle poderwały się do lotu. Sterczał tam chwilę jak ostatni głupiec, nie rozumiejąc, dlaczego tak stanowczo się broniła. Nie mieściło mu się to w głowie. Przecież nie chciał jej zrobić krzywdy. Inne dziewczyny były ponoć bardziej przystępne i nie czuły się takie skrępowane. Pozwalały chłopakom na znacznie więcej — zwłaszcza jeżeli im choć trochę na nich zależało. Odszedł stamtąd z wrażeniem, że ktoś mu znowu czymś tępym przywalił w czerep. Jak wtedy, gdy doszło do wypadku.
W
ciągnęły go lekcje religii, w czasie których ksiądz opowiadał o wstydliwych kłopotach nastolatków, związanych z rodzącymi się uczuciami i dojrzewaniem płciowym. Zapamiętał cytat z Pisma świętego, brzmiący następująco: „Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego?.. Chwalcie więc Boga w waszym ciele!” Katecheta podkreślał, że cechujące ich okres życia zmiany fizyczne i psychiczne są wielkim darem Bożym, którego nie należy zaprzepaszczać. Pojął, że Marta wydaje się przypominać wrażliwą roślinkę, może nawet orchideę, z którą należy się obchodzić bardzo delikatnie. Nie wszystkie dziewczyny były takie jak ona, a niektóre raczej kojarzyły się z rosnącą przy drodze niczyją jabłonią, z której każdy mógł rwać jabłka lub z rzepem, czepiającym się psiego ogona. Narzucały się chłopakom, nachalnie pchając się im na kolana i pozwalając się obejmować. Chwaliły się na przerwach wypadami na potańcówki do remizy w sąsiedniej wsi, dumne z tego, co w ciemnościach nocy tamtejsze wyrostki z nimi wyprawiały. Fatalnie wypadały w porównaniu z Martą. Rozmyślał nad przyjaźnią, do której — jak mniemał — musiał powoli dorosnąć.
Na przełomie kwietnia i maja telepał się kilka razy przed jej krytym czerwoną dachówką domem. Kierował się niby to za potrzebą w stronę lasu, a potem zawracał. Chyba go raz przyuważyła przez okno, gdyż wyszła przed furtkę, by z nim porozmawiać. Podpytywała go o zadania z matematyki, których nie umiała rozwiązać. Pogawędka trwała bardzo krótko. Gdy się bowiem spostrzegła, że zbliża się jej ojciec, spłoszyła się, przeprosiła go i szybko odeszła. Za to widywał ją w kościele. Zaczął przychodzić na tę samą Mszę świętą co ona. Wystawał za marmurowym filarem, obserwując modlącą się w skupieniu i przystępującą do Komunii dziewczynę. Wydawała mu się w takich chwilach istotą kryształowo czystą i niemalże anielską. W jej religijności było coś urzekającego, co sprawiało, że kojarzyła mu się ze świętymi z pobożnych obrazków.
Lekcja polskiego trwała, a jego myśli nadal krążyły gdzieś w obłokach. Pod wpływem Marty zaczął odmawiać codzienny pacierz, a w czasie nabożeństw majowych przystępować do stołu Pańskiego, choć z tym ostatnim miewał początkowo niejakie kłopoty. Pamiętał, jak to jakiś namówiony przez starszych kolegów brzdąc szlajał się za nim i wołał: „Świętoszek! O, świętoszek!” Malec dostał wreszcie w ucho i się uspokoił.
— Moralność! — mruknął pod nosem. Po czym szeroko ziewnął, zasłaniając usta.
Przygarbił się, aby nauczyciel go nie widział. Domyślał się, że Marta ceni to, ku czemu za jej sprawą się skłania i że dzięki temu ku niej się zbliża. W jego poczynaniach brakowało jednakże czegoś ważkiego, czego nie mógł nie brać pod uwagę. Mianowicie nie czuł bliskości Chrystusa. Podczas ostatniej spowiedzi kapłan cierpliwie wyjaśniał mu, że już w samym szukaniu, w wytrwałej modlitwie i wierności prawu Bożemu, kryje się to, co się naprawdę liczy. Zapatrzył się na szczupłe plecy Marty i na jej lekko wystające łopatki, główkując nad tym, czy mógłby ją prześcignąć w pobożności. Wyobraził sobie, że stopniowo osiąga nadzwyczajną doskonałość, stając się kimś absolutnie wyjątkowym, zaś po śmierci go beatyfikują i wynoszą na ołtarze, przedstawiając z aureolą wokół głowy...
U
słyszał nagle swoje nazwisko, a po nim żywiołowy śmiech klasy. Surowy nauczyciel coś tam do niego mówił. Z ogromnym zdziwieniem podniósł się z ławki, oszołomionym wzrokiem obrzucając wszystkich dookoła. Nie miał pojęcia, co się stało. Dopiero po chwili dotarły do niego słowa, które tak rozbawiły jego kolegów. „Hej, hej, Marcinie, przestań bujać w obłokach — bębnił pan od polskiego jak do głuchego. — No już, obudźże się wreszcie, bo ani się obejrzysz, a ktoś cię zwędzi i nawet tego nie zauważysz!..”
Zaczerwienił się jak burak, wydukał „przepraszam!” i usiadł z powrotem w ławce. Marta też się śmiała. Dusiła śmiech w sobie, ale jej plecy dygotały. Wizja aureoli wokół głowy rozpłynęła się w powietrzu jak dymek z papierosa. Przysunął sobie zeszyt w linie i zerknął za siebie, chcąc się zorientować, co powinien wpisać pod tematem lekcji.
1. Edward Guziakiewicz, Wakacje w Izraelu
powieść dla młodzieży
2. Edward Guziakiewicz, Szukanie Boga
dramat w slangu
w pytaniach i odpowiedziach
wszystkie opowiadania